11 sie 2009

spadły wróble
jak liście zmęczone latem
a przecież i słońce nie takie
i drzewa jakieś wesołe
ziemia drży napięta
jakby chciała rodzić
cały świat przebudzony
kpi sobie z jesieni
najbardziej kocham
te chwile wytarte
o których czas zapomina
gdy świat nabiera trochę kolorów
zapachu takiego swojskiego
można pośpiewać pomówić pomilczeć
pójść przed siebie na spacer
i zatańczyć
tak ze zwyczajnej radości
z mchu i paproci leśnej gęstwiny
malutkiej chmury kawałka nieba
kropli deszczu z zaspanych motyli
i takiej ciszy, kiedy ptak śpiewa
może jeszcze tak z głębi duszy
nieśmiertelnego zachodu słońca
w bajkowych wróżek języku tajemnym
mahatma eli
quantia sorro
esh kana faa
esh esse la tire
amani esjaho tiras
zaspane świerszcze w trawie
słowik we mgle
śpiew ptaków szum strumienia
wiatr wśród drzew
wstaje dzień
uśpiony rechotaniem żab
rosa poranku przysiada na rzęsach
dalej
drogą przez las
w takt pędu dzikiego konia
lśniącego kasztanem
ciepło koloru liści ciepło słońca
na drodze donikąd bez celu
tak zostać nie wracać
trwać w wędrówce przez wspomnienia
z tęsknotą, której nigdy dosyć
cieniem łez otartych snem
i smutkiem
rozciągniętym jak babie lato
na porannej rosie